AZJA TAJLANDIA

W autobusie dziś nie zaśnie nikt

To miała być spokojna podróż na rajskie wyspy Tajlandii. Wchodząc na pokład nocnego autobusu do Phuket, jeszcze nie wiedziała, że ta wyprawa zmieni jej życie na zawsze. Gdy dzień dobiegał końca, tak sobie powtarzała: raz, dwa – autobus już Cię ma. Siedem, osiem – myśl o swoim losie. Dziewięć, dziesięć – nie dla Ciebie sen.

ROZDZIAŁ 1: Droga do raju

Po kilku dniach spędzonych w Bangkoku nadszedł czas na przeniesienie się na wyspy. W końcu będę w raju! Słońce, palmy, turkusowa woda i kokosy – tak właśnie wygląda raj, czyż nie? Niestety do raju też trzeba się najpierw jakoś dostać. Sposobów przemieszczania się po Tajlandii jest wiele: wygodny samochód, szybki samolot lub tani pociąg. Oczywiście nie wybrałam żadnego z tych sposobów… bo po co podróżować wygodnie, kiedy można nie, nie? Nie wiem dlaczego, ale to właśnie nocny autobus z Bangkoku do Phuket wydawał się wtedy najlepszą opcją. Jak się później zorientowałam, ta opcja dobra nie była. Powiem więcej: była do d*py.

Jakby luksusowo…

Autobus wybawca, który miał mnie zabrać z gorącego i śmierdzącego piekła (👉 Bangkok? Gorąco i śmierdzi…) do tropikalnego raju, ku mojemu zdziwieniu, był przestronny, klimatyzowany i taki kurde… nowoczesny, no jakby luksusowy wręcz. Wygodne fotele z opcją masażu, gniazdka do ładowarek wszelkiej maści, kocyk, woda i jedzenie. Wszystko w cenie biletu. Dużo miejsca, obsługa miła, toaleta na pokładzie. Cud, miód i orzeszki! Ogólnie przyjemnie… oprócz jednego małego problemu, a właściwie kilku małych problemów biegających po siedzeniach. Chrząszcze, karaluchy i inne niezidentyfikowane obiekty, które od czasu do czasu wyłaniały się z ciemności i popylały bezkarnie po fotelach, spędzały mi sen z powiek. Fuj! Jestem bardzo pro-life, jeśli chodzi o wszystkie żyjątka. Serio, niech sobie żyją, wiadomo. Niech sobie żyją, ale z dala ode mnie – to moja zasada. Zwyczajnie mam problem z żyjątkami, które nie szanują mojej przestrzeni osobistej. Mały robak, duży problem. Duży robak…

Bardzo duży problem…

Tego dnia rozerwały mi się spodnie w kroku. Nie pytajcie jak, nie wiem. Zwyczajnie nie zarejestrowałam tego przykrego i wstydliwego faktu. Cienkie spodnie, które kupiłam przy jakimś stoisku na Khao San Road, rozerwały mi się na tyłku, a z każdym kolejnym krokiem rozerwanie to powiększało się, wydając przy tym złowieszcze dźwięki. Pod koniec dnia powstała dość pokaźnych rozmiarów dziura w dość specyficznym miejscu. Dramat. Perspektywa spędzenia całej nocy z robaczkami, które z łatwością mogą wejść w różne dziurki była więc dla mnie jeszcze większym koszmarem. Próbowałam spać, ale miałam wrażenie, że chodzą po mnie te robaki, żuki, karaluchy i wszystkie inne żyjątka. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak tylko otulić się szczelnie kocykiem i czekać na napisy końcowe tego horroru. Ciekawe było to, że po odbytej podróży kocyk trzeba było oddać. Mojej kumpeli udało się jeden przemycić. Ja nie przemyciłam nic. Ewentualnie robaka w spodniach.

ROZDZIAŁ 2: Droga do piekła

Nocnym autobusem przyszło mi podróżować jeszcze jeden raz. Po co wpakować się w g*wno raz, jak można dwa, co nie? Po intensywnych tygodniach spędzonych na rajskich wyspach kupiłam bilet z Krabi do Bangkoku. Nauczona doświadczeniem wiedziałam, że nocny autobus będzie całkiem spoko, nie licząc robaczków. Zadbałam więc o odpowiednie spodnie bez dziury i czekałam w hostelu na przyjazd mojej niebieskiej strzały. Nie zadbałam tylko o jedną rzecz: załatwienie swoich potrzeb w łazience. I to był bardzo duży błąd…

Jeszcze większa dziura…

Musiałam pójść do łazienki, ale z sobie tylko znanych przyczyn, stwierdziłam, że swoje potrzeby załatwię w autobusie, bo pewnie toaleta będzie na pokładzie, bo dlaczego nie? W końcu cud, miód i orzeszki przecież. Spodziewałam się autobusu przestronnego, klimatyzowanego i takiego kurde… nowoczesnego, no jakby luksusowego wręcz… a przyjechał zwykły rozklekotany samochód. W dodatku przyjechał spóźniony. Okazało się, że to tylko podwózka na dworzec. Na dworcu czekałam chyba z godzinę na przyjazd autobusu. Na tym etapie już bardzo chciałam znaleźć łazienkę. Bardzo. Znalazłam napis TOILET i pośpiesznie się tam udałam. Toaleta okazała się dużą dziurą w betonie, bez spłuczki i bez papieru. Zapach też nie zachęcał. Uznałam, że i tym razem poczekam na autobus z łazienką. I to był kolejny bardzo duży błąd…

Autobus widmo…

Autobus nie przyjechał. Przyjechał za to jeszcze większy samochód, trochę mniej rozklekotany niż ten poprzedni. Co do k…? Czy to już ten moment, w którym wywiozą mnie gdzieś daleko, pobiją, poćwiartują zwłoki i zakopią w rowie? Co to za horror? Chciało mi się płakać. Gdzie są wygodne fotele z opcją masażu, gniazdka do ładowarek wszelkiej maści, kocyk, woda i jedzenie? I gdzie są moje robaczki? A przede wszystkim, GDZIE JEST TOALETA?! Było tylko kilku pasażerów. Nikt tutaj nie mówił po angielsku. Kierowca też nie. Równie dobrze mógł nas wywieźć gdziekolwiek, na tym etapie nie robiło mi to już żadnej różnicy. Najwyżej się ze*ram ze strachu. Bez strachu w zasadzie też. Wysadził nas po jakimś czasie i w końcu pojawił się upragniony autobus, który zgarnął nas ze środka (!) ulicy. Ale uwaga: to nadal nie był wygodny i dobrze wyposażony autobus, na który liczyłam, ale w końcu autobus jak się patrzy. Tęskniłam za robaczkami. Toalety też nie było. Kolejna noc nieprzespana. Kolejny dramat.

Sępy z ulicy…

Desperacko potrzebowałam łazienki. Autobus zatrzymał się niedaleko Khao San Road i tradycyjnie rzuciła się na nas banda sępów. A może tuk-tuka, a może taksóweczkę, a może o 3 nad ranem chcesz jechać do słoni? Ludzie drodzy! Ja rozumiem, że Tajlandia to kraj turystyczny. Rozumiem też, że jest to kraj, w którym w większości ludzie nie zarabiają kokosów. Wszystko rozumiem, serio, ale jak dziesięć razy mówisz jednemu człowiekowi, że nie chcesz taksóweczki, a takich człowieków jest np. pięciu w jednym miejscu i każdy z tych człowieków oferuje to samo i każdemu człowiekowi odmawiasz…. to wychodzi 5689437545029378903275 x nie dziękuję. Przysięgam, że najbardziej cierpliwą osobę na świecie szlag trafi.

D*pa…

To się nazywa ironia losu. Nie skorzystałam z łazienki w hostelu, licząc, że będzie w autobusie, który okazał się samochodem, który zawiózł mnie na dworzec. Nie skorzystałam z łazienki na dworcu, bo łazienka w zasadzie łazienką nie była. Liczyłam więc, że znajdę takową w autobusie, który znowu okazał się większym samochodem. Potem myślałam, że znajdę toaletę w kolejnym autobusie, ale znowu tam nie było łazienki. Potem łudziłam się, że skorzystam z łazienki po przyjeździe do Bangkoku, ale uwaga, kolejna niespodzianka: przyjechałam nad ranem i wszystko było zamknięte. Udało mi się znaleźć McDonald, ale tam miła Pani oznajmiła mi, że owszem łazienka jest, ale… otwierają ją dopiero za kilka godzin, bo sprzątają…

Epilog…

Udało mi się załatwić swoje potrzeby dopiero w łazience w hostelu, po kilkunastu godzinach od momentu, w którym w ogóle wpadło mi do głowy, żeby z niej skorzystać. To był dramat. Tej podróży nie zapomnę do końca życia. Wiem jedno: w przyszłości olewam całe to podróżowanie nocnym autobusem i z przyjemnością wydam wszystkie swoje pieniądze na wygodny samochód, szybki samolot lub tani pociąg. Dzisiaj już wiem, że podróż nocnym autobusem jest albo do d*py, albo jest zwyczajnie g*wniana.

Nie strasz, nie strasz, bo…

~ Rita

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.